Rzuca cię facet. Właściwie to nie rzuca, ale nie oddzwania po pierwszej randce. Najpierw jesteś pewna, że zadzwoni, bo było fajnie. Potem wpadasz w panikę, a potem w rozpacz dzieląc każdy włos na czworo, bo może któraś z jego części zaważyła na tym, że on dalej nie dzwoni. No, a potem odpuszczasz. Mija jeden dzień i właśnie wtedy on się odzywa. Dlatego niestety, bo zdążył w twoich oczach stać się chujem i potworem niewartym ani grama twej uwagi.
Gada się dalej fajnie, nawet pojawia się opcja spotkania, ale ty już wiesz, że musisz uważać, i że "taka głupia" już na pewno nie będziesz. Więc musisz jak mantra sobie przypominać, jaką traumę przeżywałaś gdy niemal nieistniejący w twoim życiu kolo po prostu się nie odezwał.
I tak chodzisz po jego zdjęciach, przesyłając je przyjaciółce.
O: Zobacz, tu na imprezie z koleżanką był. Jakiś taki gładszy niż na randce.
(...)
O: W ogóle, on chyba wyłysieje.
C: No, będzie miał zakola jak nic.
O: On ma takie pierze tam, podtrzymane dużą ilością lakieru. Patrz, jaka ta uroda ulotna... Nie to co ja - ja mogę schudnąć, a jemu włosy nie odrosną. Ech!
czwartek, 20 października 2011
wtorek, 18 października 2011
sobota, 15 października 2011
Spojler randek
Co może pójść nie tak podczas randki?
Wiele rzeczy, począwszy od tego, że totalnie do siebie nie pasujecie. Potem przeprawy z samopoczuciem, bólem brzucha, PMSem, źle układającym się włosem, strasznym kacem uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie, co dopiero picie alkoholu, który jednak na pewno rozluźni atmosferę. Ważne obowiązki, natrętny członek rodziny lub współlokator chcący dowiedzieć się "gdzie trzymamy worki ale nie te na śmieci tylko te takie inne".
Możemy mieć nieświeży oddech, sypać sucharami albo zdradzić się ze swoim fetyszem przed osobą, w której budzi on lęk i niepokój.
Ale może być i tak, że randka idzie świetnie, a nawet fantastycznie, włosy obojgu wam układają się co najmniej dobrze, nie pasujecie do siebie dosłownie kilkoma szczegółami, rozmowa klei się od pierwszego zdania, nikt was nie męczy, pijecie umiarkowanie alkohol, żeby nie drętwieć, ale też żeby mieć sporą kontrolę nad sytuacją. Randka kończy się w momencie zaawansowanego poranka, zapraszasz kolegę do siebie na herbatę (naprawdę tylko na to) i kiedy robi się niemal ósma rano i szkoda się rozstawać, idziecie do twojego pokoju i chcecie się wspólnie zdrzemnąć (bo oczywiście on do domu ma daleko). I wtedy odkrywasz, że Twoje łóżko oraz ciepła ładna i dziewczęca kołdra padły po raz kolejny ofiarą rudego mstliwego kota, który w sekundzie ugasił wszystkie iskierki romantyzmu jakie jeszcze się unosiły w powietrzu.
Swoim moczem.
Wiele rzeczy, począwszy od tego, że totalnie do siebie nie pasujecie. Potem przeprawy z samopoczuciem, bólem brzucha, PMSem, źle układającym się włosem, strasznym kacem uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie, co dopiero picie alkoholu, który jednak na pewno rozluźni atmosferę. Ważne obowiązki, natrętny członek rodziny lub współlokator chcący dowiedzieć się "gdzie trzymamy worki ale nie te na śmieci tylko te takie inne".
Możemy mieć nieświeży oddech, sypać sucharami albo zdradzić się ze swoim fetyszem przed osobą, w której budzi on lęk i niepokój.
Ale może być i tak, że randka idzie świetnie, a nawet fantastycznie, włosy obojgu wam układają się co najmniej dobrze, nie pasujecie do siebie dosłownie kilkoma szczegółami, rozmowa klei się od pierwszego zdania, nikt was nie męczy, pijecie umiarkowanie alkohol, żeby nie drętwieć, ale też żeby mieć sporą kontrolę nad sytuacją. Randka kończy się w momencie zaawansowanego poranka, zapraszasz kolegę do siebie na herbatę (naprawdę tylko na to) i kiedy robi się niemal ósma rano i szkoda się rozstawać, idziecie do twojego pokoju i chcecie się wspólnie zdrzemnąć (bo oczywiście on do domu ma daleko). I wtedy odkrywasz, że Twoje łóżko oraz ciepła ładna i dziewczęca kołdra padły po raz kolejny ofiarą rudego mstliwego kota, który w sekundzie ugasił wszystkie iskierki romantyzmu jakie jeszcze się unosiły w powietrzu.
Swoim moczem.
Niezbyt poukładany
Rozmowa po rozmowie pozwiązkowej na temat ewentualnych powrotów, których nie będzie.
C: O matko, ale jak to, to on nic nie rozumie?
O: No nic, nie dociera do niego żaden argument. Najpierw pisze o tym, że błaga mnie o 5 minut i ostatnie pożegnanie, jest dramat, a po 3 sekundach pisze do mnie "Spoczko, to wbijaj na piwko za tydzień".
C: To jest przykre.
O: Kurwa, on jest stabilny jak grecka gospodarka.
C: O matko, ale jak to, to on nic nie rozumie?
O: No nic, nie dociera do niego żaden argument. Najpierw pisze o tym, że błaga mnie o 5 minut i ostatnie pożegnanie, jest dramat, a po 3 sekundach pisze do mnie "Spoczko, to wbijaj na piwko za tydzień".
C: To jest przykre.
O: Kurwa, on jest stabilny jak grecka gospodarka.
wtorek, 11 października 2011
Człowiek wkurw
Jestem człowiekiem wkurwem. Wkurwia mnie wszystko, odkąd otworzę oczy, aż po sen, bo sny też znacząco mnie wkurwiają.
Wkurwia mnie, że mieszkamy w kamienicy, w której pierwotnie toalety były na półpiętrach, więc instalacja typu wod-kan jest na tyle chujowa, że codziennie rano w mojej łazience śmierdzi z rur.
Wkurwia mnie jak zielone światło na alejach trwa tyle, że pasy muszę przechodzić na dwa razy.
Wkurwia mnie jak kierowca nie może mi sprzedać biletu kosztującego 1,80zł, gdy płacę mu dwoma złotówkami, lub jedną dwuzłotówką, albo czterema pięćdziesięciogroszówkami, bo NIE MOŻE mi wydać, nawet jeśli mówię, że może mi NIE wydawać.
Wkurwia mnie gdy przez osiem i pół godziny siedzę na plastikowym rozkładanym krześle, na którym, gdy jesteś dziewczyną i chodzisz w rajstopach, pocą ci się uda i zostawiają mokry pasek, co oczywiście widzą wszyscy pracujący z tobą faceci.
Wkurza mnie chujowy makaron z biedronki, który ostatnio kupiłam, bo się skleja i nawet po dziewięciu minutach gotowania nie jest al dente. Ciemny sos sojowy z tao-tao także mnie wkurwia.
Wkurwiają mnie laski z Top Model oraz osoby, które są pieprzonymi "djami Facebooka", rozpoczynającymi dzień od przywitania się ze słuchaczami na fejsie, nie omieszkając dodać co jadły na śniadanko i o której idą do pracki.
Wkurwia mnie dlatego Dorota Zawadzka i wkurwiają mnie nieapetyczne stopy Magdy Gessler, która postuje je na facebooku gdzie może. Wkurwiają mnie moi ludzie ze studiów, którzy pytają się jakim długopisem wpisać semestr do indeksu. Wkurwiają mnie studenciaki wysyłające mi zaproszenia na szalony koncert wawamafin w Żaczku. Wkurwia mnie jak ktoś mówi "keczup" i nienawidzę jak ktoś mówi "oj tam, oj tam".
Wkurwia mnie gdy przez osiem i pół godziny siedzę na plastikowym rozkładanym krześle, na którym, gdy jesteś dziewczyną i chodzisz w rajstopach, pocą ci się uda i zostawiają mokry pasek, co oczywiście widzą wszyscy pracujący z tobą faceci.
Wkurza mnie chujowy makaron z biedronki, który ostatnio kupiłam, bo się skleja i nawet po dziewięciu minutach gotowania nie jest al dente. Ciemny sos sojowy z tao-tao także mnie wkurwia.
Wkurwiają mnie laski z Top Model oraz osoby, które są pieprzonymi "djami Facebooka", rozpoczynającymi dzień od przywitania się ze słuchaczami na fejsie, nie omieszkając dodać co jadły na śniadanko i o której idą do pracki.
Wkurwia mnie dlatego Dorota Zawadzka i wkurwiają mnie nieapetyczne stopy Magdy Gessler, która postuje je na facebooku gdzie może. Wkurwiają mnie moi ludzie ze studiów, którzy pytają się jakim długopisem wpisać semestr do indeksu. Wkurwiają mnie studenciaki wysyłające mi zaproszenia na szalony koncert wawamafin w Żaczku. Wkurwia mnie jak ktoś mówi "keczup" i nienawidzę jak ktoś mówi "oj tam, oj tam".
I wkurwiają mnie nieśmieszni ludzie, którym się wydaje, że są zajebiście śmieszni.
Dziękuję, dobranoc.
niedziela, 2 października 2011
Ćwierć wieku boli
Kiedyś przychodzi dzień, w którym uświadamiasz sobie, że nie jesteś już nastolatką. Co więcej, uświadamiasz sobie, że według statystyk nie jesteś już nawet młodzieżą. Budzisz się z ręką w nocniku - kończą ci się zniżki na bilety komunikacji miejskiej i na PKP, przestaje ci się produkować kolagen, a znalezienie pracy nie jest już dodatkowym plusem na koncie, a koniecznością. Fajni faceci, których mijasz wieczorem na ulicy w 90% są od ciebie młodsi i prawie na pewno tobą niezainteresowani, a przyzwyczajona do tego, że pracują ludzie starsi od ciebie, przeżywasz szok, kiedy dowiadujesz się, że twoja szefowa jest od ciebie o rok młodsza.
W takim momencie życia właśnie się znalazłam. Dokonałam kilku malutkich przełomów, między innymi zostając po raz kolejny sama, zaliczając kolejną związkową klapę, rezygnując z jednych studiów na rzecz dokończenia drugich i wreszcie - znajdując naprawdę fajną pracę.
Każdy z nas doznaje w życiu takich małych olśnień, które zazwyczaj nie powodują w życiu wielkich przełomów, ale coś w nim zmieniają. Może częstotliwość tych objawionek nasila się wraz z wiekiem, ale ja ostatnimi czasy doznaję ich bardzo dużo.
Ostatnie takie olśnienie miało miejsce kilka dni temu, gdy śniła mi się moja największa dotychczasowa w życiu miłość. Niestety niespełniona i nieszczęśliwa, najbardziej zawalona sprawa w życiu, ale sprawa stara i pogrzebana. No i śni mi się, że siedzimy gdzieś nad rzeką, dokładnie na wałach tej rzeki, na murku i rozmawiamy. Są jakieś zawody, nie wiem w czym, chyba w łowieniu ryb, jest niedziela, jakiś festyn, dziwna i ciężka atmosfera, typowa dla snów. I siedzę z tym człowiekiem, wiem, że ma żonę, dziecko (bo tak też się ta historia zakończyła), ale czuję, że nie przeżyję bez niego ani sekundy. Mówię mu, że tak bardzo go kocham, proszę, żeby został ze mną, chociaż wiem, że nie chcę, żeby zostawiał rodzinę. On mówi mi że bardzo mnie kocha, że zrobił błąd, że tak mu się życie głupio poukładało, ale, że nie może ich zostawić. Całuje mnie i spędzamy ze sobą ostatni dzień.
Obudziłam się zesztywniała i wgapiona w sufit. Zdobyłam się tylko na cichy jęk "o kurwa" i chciałam się zresetować kolejnym snem, który niestety nie przyszedł.
Po tym śnie zbieram się do dzisiaj. Coś naprawdę się skończyło i nigdy nie wróci. Słowo "nigdy" jest bardzo trudno przyswajalne. Naprawdę.
Wywołałam sobie kilkadziesiąt zdjęć i postanowiłam je rozwiesić na ścianach w pokoju. Część zdjęć nie wiązała się z żadnymi wspomnieniami, ale kilka przypominało mi o czymś fajnym. I nagle kolejne olśnienie. To kolejny czas przeszły i kolejne "nigdy".
Dorosłość ma swoje plusy, z których nie zdawałam sobie sprawy. Mieszkanie poza domem rodzinnym jest tego najlepszym przykładem. Wyrobiłam sobie pewne nawyki, które w domu są niedopuszczalne. Co więcej, gdy jestem "u siebie", bardziej dbam o porządek, bo czuję się za swoje otoczenie odpowiedzialna. Myślę o oszczędzaniu światła, prądu, o wyłączaniu przedłużacza, o drobnych na bilet na rano i tym podobnych pierdołach. O, i żeby mleko było w lodówce, bo zaczęłam pić rano kawę.
Muszę zacząć się cieszyć z tego, że bliżej mi do dziesięciolecia matury niż do wspomnień o niej, i że wiem czego nie chcę w życiu robić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)