Kiedyś przychodzi dzień, w którym uświadamiasz sobie, że nie jesteś już nastolatką. Co więcej, uświadamiasz sobie, że według statystyk nie jesteś już nawet młodzieżą. Budzisz się z ręką w nocniku - kończą ci się zniżki na bilety komunikacji miejskiej i na PKP, przestaje ci się produkować kolagen, a znalezienie pracy nie jest już dodatkowym plusem na koncie, a koniecznością. Fajni faceci, których mijasz wieczorem na ulicy w 90% są od ciebie młodsi i prawie na pewno tobą niezainteresowani, a przyzwyczajona do tego, że pracują ludzie starsi od ciebie, przeżywasz szok, kiedy dowiadujesz się, że twoja szefowa jest od ciebie o rok młodsza.
W takim momencie życia właśnie się znalazłam. Dokonałam kilku malutkich przełomów, między innymi zostając po raz kolejny sama, zaliczając kolejną związkową klapę, rezygnując z jednych studiów na rzecz dokończenia drugich i wreszcie - znajdując naprawdę fajną pracę.
Każdy z nas doznaje w życiu takich małych olśnień, które zazwyczaj nie powodują w życiu wielkich przełomów, ale coś w nim zmieniają. Może częstotliwość tych objawionek nasila się wraz z wiekiem, ale ja ostatnimi czasy doznaję ich bardzo dużo.
Ostatnie takie olśnienie miało miejsce kilka dni temu, gdy śniła mi się moja największa dotychczasowa w życiu miłość. Niestety niespełniona i nieszczęśliwa, najbardziej zawalona sprawa w życiu, ale sprawa stara i pogrzebana. No i śni mi się, że siedzimy gdzieś nad rzeką, dokładnie na wałach tej rzeki, na murku i rozmawiamy. Są jakieś zawody, nie wiem w czym, chyba w łowieniu ryb, jest niedziela, jakiś festyn, dziwna i ciężka atmosfera, typowa dla snów. I siedzę z tym człowiekiem, wiem, że ma żonę, dziecko (bo tak też się ta historia zakończyła), ale czuję, że nie przeżyję bez niego ani sekundy. Mówię mu, że tak bardzo go kocham, proszę, żeby został ze mną, chociaż wiem, że nie chcę, żeby zostawiał rodzinę. On mówi mi że bardzo mnie kocha, że zrobił błąd, że tak mu się życie głupio poukładało, ale, że nie może ich zostawić. Całuje mnie i spędzamy ze sobą ostatni dzień.
Obudziłam się zesztywniała i wgapiona w sufit. Zdobyłam się tylko na cichy jęk "o kurwa" i chciałam się zresetować kolejnym snem, który niestety nie przyszedł.
Po tym śnie zbieram się do dzisiaj. Coś naprawdę się skończyło i nigdy nie wróci. Słowo "nigdy" jest bardzo trudno przyswajalne. Naprawdę.
Wywołałam sobie kilkadziesiąt zdjęć i postanowiłam je rozwiesić na ścianach w pokoju. Część zdjęć nie wiązała się z żadnymi wspomnieniami, ale kilka przypominało mi o czymś fajnym. I nagle kolejne olśnienie. To kolejny czas przeszły i kolejne "nigdy".
Dorosłość ma swoje plusy, z których nie zdawałam sobie sprawy. Mieszkanie poza domem rodzinnym jest tego najlepszym przykładem. Wyrobiłam sobie pewne nawyki, które w domu są niedopuszczalne. Co więcej, gdy jestem "u siebie", bardziej dbam o porządek, bo czuję się za swoje otoczenie odpowiedzialna. Myślę o oszczędzaniu światła, prądu, o wyłączaniu przedłużacza, o drobnych na bilet na rano i tym podobnych pierdołach. O, i żeby mleko było w lodówce, bo zaczęłam pić rano kawę.
Muszę zacząć się cieszyć z tego, że bliżej mi do dziesięciolecia matury niż do wspomnień o niej, i że wiem czego nie chcę w życiu robić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz