poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Szczęście
Pan Kotek był chory i leżał w łóżeczku. A ja dziś cały dzień przymykam oczy, a gdy to robię, w podbrzuszu w poprzek przebiegają mi skurcze. Złapałam czyste szczęście. W ten weekend.
Nic nadzwyczajnego, żadnych fajerwerków, wycieczek na Teneryfę. Wystarczyły młode ziemniaki, trochę mięsa, wyjście do znajomych, koncert Queen przez otwartą szybę samochodu o 4:30 nad ranem na skrzyżowaniu, jeżdżenie autem po załzawionym Krakowie, sen w pozycji koali, fajna pobudka, obiad z rodziną, spacer, kino, kolacja w maku, rozmowa, powrót do domu, film, ściąganie dzwonków na telefon.
Wystarczyło odpuścić, spojrzeć na coś z innej, dobrej strony. Wystarczyło do tego, żebym miała tyle endorfin w krwi, co po kroplówce czekolady.
Kocham.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Pana kota żywot
Mam kota. Mam to trochę za dużo powiedziane, bo odkąd go do siebie wzięłam, był ze mną może łącznie 1,5 miesiąca. W międzyczasie wylądował na obozie dobrych manier u kota mojej siostry, a potem został przygarnięty "do czasu, gdy..." przez jego adopcyjnego tatę. Teraz, od kilku dni, jest znowu ze mną, a ja mam czas go sobie trochę poobserwować.
Kot jak kot, ma futerko, cztery łapki, uszka, wąsy i ogon. Ale ten jest inny. Zachwyca mnie jego ciekawość świata i bystrość. On ciągle jest czymś zainteresowany, a w przedpokoju wciąż słyszę tupot jego łapek, albo jego skoki na niewidzialnego przeciwnika.
Dzisiaj wstałam wcześnie i patrzyłam jak siedzi na parapecie i grzeje się w słońcu. Jak patrzy za okno w skupieniu i obserwuje co się dzieje na dworze. Kiedy coś go ciekawiło, zastygał w bezruchu i zbliżał łepek do szyby, a po skończonej obserwacji zwracał się do mnie, jakby chciał opowiedzieć co zobaczył.
Ciekawe, czy można mieć taką ciekawość świata nawet, gdy się ją (może tylko pozornie) utraciło? Ja ciągle czuję, że stoję tuż za ścianą jakiś wielkich odkryć, olśnień, pomysłów i inspiracji.
Mój kot ma je na wyciągnięcie ręki. Może tym razem to ja powinnam brać z niego przykład? Być może skończyłabym wreszcie jak on - będąc nieprzerwanie zadowolona z każdej, nawet najmniejszej rzeczy :)
Mój kot ma je na wyciągnięcie ręki. Może tym razem to ja powinnam brać z niego przykład? Być może skończyłabym wreszcie jak on - będąc nieprzerwanie zadowolona z każdej, nawet najmniejszej rzeczy :)
piątek, 23 marca 2012
Kiedy było fajnie
Przypomniało mi się. Nie chcę liczyć ostatnich czterech czy już pięciu miesięcy, bo nie jestem ja-ja, tylko ja w konkretnym układzie. Kiedy JA byłam ostatnio szczęśliwa?
Pamiętam. Pod koniec kwietnia, może w maju, w naszej posprzątanej kuchni, około 16:00, kiedy urwaliśmy się z Maćkiem z zajęć i siedzieliśmy w kuchni po obiedzie z jakiś zdrowych świeżych warzyw. Piliśmy chłodne piwo, rozmawialiśmy o tym, co robilibyśmy teraz najchętniej. Maciek chciał sadzić i pielęgnować ogród, który mi dokładnie opisywał.
Pamiętam też, że się też któregoś takiego popołudnia wybraliśmy na spacer, bo zachciało nam się lodów. Oglądaliśmy wtedy kamienice. I mimo, że byłam wtedy w innym układzie, potrafiłam w bardzo dużej części cieszyć się z rzeczy należących tylko do mnie, bez, pożal się Boże, "partnera".
Fajnie było, szczególnie dlatego, że miałam tę moc powiedzenia: spierdalaj, nie chcę cię, nie kocham. A w życiu, jak to w życiu - wszystko wraca.
No, to właśnie wróciło.
Pamiętam. Pod koniec kwietnia, może w maju, w naszej posprzątanej kuchni, około 16:00, kiedy urwaliśmy się z Maćkiem z zajęć i siedzieliśmy w kuchni po obiedzie z jakiś zdrowych świeżych warzyw. Piliśmy chłodne piwo, rozmawialiśmy o tym, co robilibyśmy teraz najchętniej. Maciek chciał sadzić i pielęgnować ogród, który mi dokładnie opisywał.
Pamiętam też, że się też któregoś takiego popołudnia wybraliśmy na spacer, bo zachciało nam się lodów. Oglądaliśmy wtedy kamienice. I mimo, że byłam wtedy w innym układzie, potrafiłam w bardzo dużej części cieszyć się z rzeczy należących tylko do mnie, bez, pożal się Boże, "partnera".
Fajnie było, szczególnie dlatego, że miałam tę moc powiedzenia: spierdalaj, nie chcę cię, nie kocham. A w życiu, jak to w życiu - wszystko wraca.
No, to właśnie wróciło.
wtorek, 21 lutego 2012
Pozory
Życie uczy. Wow, niesamowite odkrycie. Ale jest niesamowite, bo życie skutecznie daje kopy w ryj za każdym razem, gdy wydaje ci się, że jest dobrze. Żeby zrozumieć co mówię, potrzebne jest małe wprowadzenie oraz przyjęcie za pewnik, że się nie uskarżam, nie marudzę i nie uważam, że mam pecha, a zły lajf mnie kłuje na każdym kroku.
Życie daje kopy w ryj, tylko wtedy, gdy się na to pozwala. Tylko wtedy, kiedy twarz znajduje się w zasięgu buta, co oznacza tylko jedno - jesteś za nisko.
Od jakiegoś czasu zauważam, że prowadzę życie pełzaka. Nisko, przy podłodze, żeby nie drażnić, nie wkurzać, nie wychylać się zbytnio. Wciskam się w konwencję pani domu, chcąc większość swoich obowiązków i ambicji upchnąć w garnkach i pralce. Zamiast pięknej, zaradnej, ambitnej i zdolnej młodej kobiety, zaczęłam smakować jak przytłoczona zdenerwowana czterdziestka spragniona emerytury.
W pracy chcę być wyjebista, w domu chcę być wyjebista, w towarzystwie chcę być wyjebista i ogólnie chcę być wyjebista. W efekcie w pracy nie wyrabiam, w domu generuję więcej syfu niż ładu, towarzystwa unikam a ze sobą czuję się tak jak każda prawie była żona Michała Wiśniewskiego - wkurwiona, zdradzona i rozczarowana.
Zapomniałam o czym miałam pisać, bo mi uleciało, ale ważne, że napisałam.
poniedziałek, 6 lutego 2012
sobota, 4 lutego 2012
Dwa i pół roku temu.
Mój najdroższy przyszły Mężu!
Już kiedyś do Ciebie pisałam, więc pewnie mnie pamiętasz. Nie będę pisać dużo, chciałam tylko powiedzieć, że czasem zdarza mi się o Tobie myśleć, ostatnio nawet trochę częściej. Zawsze wydaje mi się, że jesteś wysoki i że jesteś brunetem. Że dobrze pachniesz, że często nosisz szare t-shirty i że masz czarny windstopper zapinany pod szyję. Widzę Cię jak wysiadasz z samochodu pod naszym domem i mimo, że nie widzę Twojej twarzy, to wiem, że się do mnie usmiechasz.
Dziś widziałam film, i mimo, że nie jestem urodzoną podróżniczką, zapragnęłam podróży z Tobą. Akurat akcja toczyła się w Cannes i widziałam promenadę wzdłuż plaży. I pomyślałam, że chciałabym mieć jakieś miejsce tylko z Tobą. Nie, nie jestem romantyczna. To egoizm. Bo najbardziej chciałabym, żeby przyszedł taki dzień, może być nakrótszym w roku, w którym, gdy spojrzysz na mnie, pomyślisz, że chcesz wszystko ze mną dzielić i że beze mnie nic nie smakuje tak samo.
Ja już nie pamiętam jak to jest być z kimś. Pamiętam zakochanie i motyle w brzuchu, ekscytację, niejedzenie i wkładanie maksimum wysiłku w to, żeby było przefantastycznie. Ale nie pamiętam jak to było, kiedy mogłam zadzwonić do kogoś, kogo kochałam. Nie pamiętam, jakie tu uczucie jechać autobusem i przypomnieć sobie, że jest ktoś, z kim jestem szczęśliwa. I przyznam Ci się szczerze, że ciężko mi uwierzyć, że istniejesz i chodzisz po tym świecie, bo chyba nie wierzę, że kiedyś zgram się z kimś na miłość. Bo zawsze pudłuję z kochaniem.
Ale nie dlatego dziś do Ciebie piszę. Ostatnio bowiem mam dziwny zwyczaj ściągania bajek Disney'a. Dziś na fali tej mody obejrzałam pierwszy raz Wall-E, który przyznam szczerze trochę mnie znudził, ale była w nim jedna scena, bardzo krótka, bo ograniczała się właściwie do jednego gestu. Eve, robot, w którym zakochał się Wall-E dotknęła go po raz pierwszy z czułością i z tego szczęścia Wall-E stracił nad sobą kontrolę. Nim się zorientowałam, po moich policzkach płynęły strużki łez, a z rzęs kapały mi grochy, bo dostałam od studia Pixar przekaz, że czlowiek tak naprawdę w życiu szuka tylko miłości i tylko miłość potrafi tak go uszczęśliwić.
A potem, kilka godzin później, obejrzałam Toy Story, ze sceną na końcu, w której pokazany jest przystrojony na Boże Narodzenie dom.
I wtedy właśnie pomyślałam o Tobie.
Bo chcę Cię prosić o jedną jedyną rzecz. Daj mi święta moich marzeń. Z pełnym domem, z choinką, bez pośpiechu, ze wspólnym przygotowywaniem, z ręcznie opakowanymi prezentami, z czasem dla siebie i dla wszystkich wokół, z graniem gry planszowe na podłodze, ze spacerem, z kawą w fotelu i z całusem w przelocie. To będą najszczęśliwsze chwile mojego życia.
Kocham Cię,
X.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Never ever.
I never meant to cause you any sorrow.
I never meant to cause you any pain.
I only wanted to one time see you laughing.
I only wanted to see you laughing in the purple rain.
niedziela, 22 stycznia 2012
Surrender
Czasami mam ochotę się poddać.
Właściwie, to poddawałam się chyba więcej razy, niż walczyłam, ale teraz walczę - stąd to uczucie.
Właściwie, to poddawałam się chyba więcej razy, niż walczyłam, ale teraz walczę - stąd to uczucie.
Mam ochotę zwrócić wolność wszystkim, którym ją zabrałam. Powiedzieć: "Przepraszam, ale to za trudne dla mnie, za ciężkie, nie mam siły".
Patrzyłam przed chwilą na jakąś prześwietną stronę o gotowaniu, z pięknymi zdjęciami w kolorze pistacji i różu, z pięknym bokehem i ostrością wymierzoną co do milimetra i pomyślałam: "O, zrobię coś takiego".
Ale nie zrobię, bo jest milion powodów, by tego nie robić. Po pierwsze kończy mi się kasa na kupowanie zajebistej jakości jedzenia. Po drugie, nie zrobię tego u siebie, a u niego tak jakby już nie bywam. Po trzecie, podupadłam na duchu i średnio wierzę w moje kulinarne zdolności. Po czwarte, jestem na diecie, a przyrządzanie wymagałoby kosztowania. Po piąte, na 90%, jak zajebiste coś by mi nie wyszło, podejrzewam, że zebrałabym mały opieprz, bo pewnie trafiłabym w dzień, w którym on akurat postanowił zadbać o dietę. A po szóste, zapewne by mi nie wyszło i, i tak nie byłoby zachwytów zakończonych soczystym seksem.
Tak więc mam ochotę się poddać. Zawinąć się w kołdrę na jakąś nieokreśloną liczbę dni, na jakiś czas skasować fejsa, coby się nadmiernie nie drażnić, wyłączyć telefon. Ale nie. Nie można. Nie wolno. Nie chcę tak.
Moja forma przypomina spłaszczony placek gotowy do zeskrobania z podłogi, ale nie wiem skąd, mam jakąś silną wolę walki ze sobą, z tym co mi przeszkadza, z tym co mnie ogranicza. Rzuciłam sobie jakieś niepisane wyzwanie, że dam radę i przetrwam, i wygram, jakkolwiek by się ta walka nie skończyła.
A co robię w wolnych chwilach? Zastanawiam się, jak nie psując oczywistej jak barszcz, biurowej niespodzianki urodzinowej, przynieść tort dla pracowników. Bo urodziny mam w sobotę, więc świętowanie nastąpi albo w piątek przed, albo w poniedziałek po. I mam dylemat czy zostawać w Krakowie, czy jechać do domu. Jednak w domu cudownie, bo rodzina, mama, tort, kolacja, ale w Krakowie znajomi i świętowanie. Choć chyba można rozłożyć to na dwa dni. No i już się zastanawiam jak się ubrać, bo będą zdjęcia. I jaką niespodziankę, której się nie spodziewam będę mieć. Hihi. O ILE.
Tak, zwariowałam.
wtorek, 17 stycznia 2012
Mygyry
Mojej pani od głowy następnym razem muszę powiedzieć parę słów o tym, że chciałabym się nie wstydzić tego, że póki co, nie mam jeszcze wyższego wykształcenia, mimo, że powinnam już bardziej zbliżać się do doktoryzowania się, niż do licencjatu.
Co najlepsze, wstydzę się tego, mimo, że światopoglądowo mam w dupie to, jakie kto ma wykształcenie, bo poza medycyną, prawem, fryzjerstwem, psychologią i informatyką, nie wierzę, że studia czegoś uczą. Uczy praca, dostawanie po dupie i pierdolnięty szef, a nie kserówki skryptów i notateczki.
Co najlepsze, wstydzę się tego, mimo, że światopoglądowo mam w dupie to, jakie kto ma wykształcenie, bo poza medycyną, prawem, fryzjerstwem, psychologią i informatyką, nie wierzę, że studia czegoś uczą. Uczy praca, dostawanie po dupie i pierdolnięty szef, a nie kserówki skryptów i notateczki.
W dupie mam tych wszystkich wychuchanych, wyuczonych magistrów, którzy polądowali na recepcjach hosteli, w inmedio na wieczornej zmianie czy w urzędzie miasta na zaparzaczu kawy. Żadna praca nie hańbi - wiem to dobrze. Ale gdyby przez pięć lat lajtowych studiów, zabrali się choćby dwa razy do jakiegoś pisania, reporterki, czegokolwiek, dziś może robiliby karierę, albo przynajmniej trochę się rozwijali.
Nie, lepiej było kpić, że mam AŻ TRZY z dwóch możliwych nieobecności i chętnie udzielać mi porad typu: jezu, ale przerąbane że cię nie było teraz nie da ci zaliczenia, bo mówił że nie da tym którzy ostatnio nie byli".
Sękju Wam, asystentki zboczonych dyrektorów, kelnerki, portierzy, nianie. Dzięki Wam, trochę bardziej czuję, że dokądś zmierzam.
Sękju Wam, asystentki zboczonych dyrektorów, kelnerki, portierzy, nianie. Dzięki Wam, trochę bardziej czuję, że dokądś zmierzam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
