Czasami mam ochotę się poddać.
Właściwie, to poddawałam się chyba więcej razy, niż walczyłam, ale teraz walczę - stąd to uczucie.
Właściwie, to poddawałam się chyba więcej razy, niż walczyłam, ale teraz walczę - stąd to uczucie.
Mam ochotę zwrócić wolność wszystkim, którym ją zabrałam. Powiedzieć: "Przepraszam, ale to za trudne dla mnie, za ciężkie, nie mam siły".
Patrzyłam przed chwilą na jakąś prześwietną stronę o gotowaniu, z pięknymi zdjęciami w kolorze pistacji i różu, z pięknym bokehem i ostrością wymierzoną co do milimetra i pomyślałam: "O, zrobię coś takiego".
Ale nie zrobię, bo jest milion powodów, by tego nie robić. Po pierwsze kończy mi się kasa na kupowanie zajebistej jakości jedzenia. Po drugie, nie zrobię tego u siebie, a u niego tak jakby już nie bywam. Po trzecie, podupadłam na duchu i średnio wierzę w moje kulinarne zdolności. Po czwarte, jestem na diecie, a przyrządzanie wymagałoby kosztowania. Po piąte, na 90%, jak zajebiste coś by mi nie wyszło, podejrzewam, że zebrałabym mały opieprz, bo pewnie trafiłabym w dzień, w którym on akurat postanowił zadbać o dietę. A po szóste, zapewne by mi nie wyszło i, i tak nie byłoby zachwytów zakończonych soczystym seksem.
Tak więc mam ochotę się poddać. Zawinąć się w kołdrę na jakąś nieokreśloną liczbę dni, na jakiś czas skasować fejsa, coby się nadmiernie nie drażnić, wyłączyć telefon. Ale nie. Nie można. Nie wolno. Nie chcę tak.
Moja forma przypomina spłaszczony placek gotowy do zeskrobania z podłogi, ale nie wiem skąd, mam jakąś silną wolę walki ze sobą, z tym co mi przeszkadza, z tym co mnie ogranicza. Rzuciłam sobie jakieś niepisane wyzwanie, że dam radę i przetrwam, i wygram, jakkolwiek by się ta walka nie skończyła.
A co robię w wolnych chwilach? Zastanawiam się, jak nie psując oczywistej jak barszcz, biurowej niespodzianki urodzinowej, przynieść tort dla pracowników. Bo urodziny mam w sobotę, więc świętowanie nastąpi albo w piątek przed, albo w poniedziałek po. I mam dylemat czy zostawać w Krakowie, czy jechać do domu. Jednak w domu cudownie, bo rodzina, mama, tort, kolacja, ale w Krakowie znajomi i świętowanie. Choć chyba można rozłożyć to na dwa dni. No i już się zastanawiam jak się ubrać, bo będą zdjęcia. I jaką niespodziankę, której się nie spodziewam będę mieć. Hihi. O ILE.
Tak, zwariowałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz